Moc jest kobietą

Fajny dzień; choć przynosi dość skrajne w wymowie wspomnienia.

Wiele lat temu nocą 8 marca moja babcia odeszła… do lepszego świata. Dla mnie była to jednak ogromna strata kogoś, kto łączył mnie z jakąś większą całością. Intuicyjnie, jako dziecko szukałam kontaktu z babcią, znajdowałam zrozumienie, czułość, ciepłe ręce….. Potem tego zabrakło.

Inna noc, również 8 marca to przyjście na świat mojego synka. Trudne doświadczenie, bo niewymowna radość z jego narodzin szybko przerodziła się w strach spowodowany poważną chorobą maleństwa. Samotna noc w zimnym szpitalu i ogromna niepewność w kolejnych dniach. Jednak huśtawka diagnoz, ogrom badań w walce o przetrwanie dały w końcu pozytywny rezultat 🙂

Te historie na pograniczu życia i śmierci doświadczają kobiet i wpisują się w dzisiejsze święto. Babcia Frania cieszy się obecnością Boga, a ja tu i teraz moimi bliskimi. Właśnie takie jest życie, przepływa przez kolejne pokolenia, łączy nas wszystkich. W tym kontekście 8 marca jest pięknym dniem, bo to my kobiety jesteśmy łączniczkami pokoleń i przekaźniczkami życia. Tak, to czysty feminizm!

W tym roku świętujemy w Polsce 100-lecie uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Gratuluję naszym cudownym babciom i prababciom i trzymam kciuki za nas i nasze córki. Życie jest po naszej stronie a moc jest kobietą ❤

 

 

Reklamy
Opublikowano Moje | 2 Komentarze

Miejski szum – czyli wspominki z NYC

Wciąż w uszach wybrzmiewa mi melodia, którą wyśpiewała w metrze piękna czarnoskóra kobieta. W pełni dojrzała i piękna, w amarantowej sukni, włosami splecionymi w dziesiątki warkoczy. Przechadzała się po wagonie śpiewając uroczą bluesową pieśń. Laską wystukiwała rytm refrenu: „…I’ve got the filling, that everything is gonna be all right.”  Był to dla mnie bonus do biletu powrotnego, który przyniósł uczucie radości i spokoju.

Spokój to w Nowym Jorku towar deficytowy. Wszechogarniające chaos, który starają się tłumić nieprzebrane ilości policjantów na ulicach. Są wszędzie; co daje z jednej strony poczucie, że ktoś nade mną czuwa, z drugiej jednak nie pozwalają zapomnieć o tym, że muszę być czujna. Zwykłe krawężniki ustępują powoli miejsca wielkim betonowym klocom, które ustawiane są sukcesywnie jako zapora dla ciężarówki czy furgonetki.

Furgonetki, ciężarówki, samoloty od jakiegoś czasu stały się bronią w rękach szaleńców. Pomnik po 11.09.01 jest wymowny i mocny. 17 lat temu stałam w jego miejscu i patrzyłam w niebo na dwa szczyty świata. Teraz wzrok wbijam w ogromne kwadratowe kratery – pomniki z wyrytą w marmurze listą imion i nazwisk ofiar. To jedno z niewielu cichych miejsc tego miasta.

Miasto dla niektórych jest spełnieniem marzeń a dla innych szarością dnia codziennego. Wrażenia są zaskakujące i często szokujące. Obok najdroższych hoteli i sklepów koczujący bezdomni, obok placu zabaw w miejskim parku biegające szczury (nie pomyl się karmiąc wiewiórki); w metrze jest ich znacznie więcej. Ludzie są barwni i różnorodni, skorzy do kontaktu i otwarci. Żyją zdaje się w obojętności dla współczesnych fobii.

Choć nowojorski szyk niknie nieco w tłumie pospolitości a lata świetności miasta raczej minęły, to wciąż czaruje i obezwładnia rozmachem, urokiem, stylem. I chyba na tym polega istota niepowtarzalności tego miejsca: na spotkaniu skrajności i wielobarwnym melanżu. Gdzieś w tyle pozostaje nie do końca wyśniony sen o Ameryce 🙂

 

 

 

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Pamiętamy?

Mam problem z tą datą.

Ludzie mieli dość krwiożerczego okupanta, więc zorganizowali się, zwarli szeregi i ruszyli do walki. Rzucili wyzwanie wrogowi, a przede wszystkim sobie samym. Przepełniały ich skrajne uczucia: nienawiść i miłość. Towarzyszyły wspomnienia tak niedawnej przeszłości i marzenia o rychłej przyszłości: wolnej i wspólnej. Potem ziemia się zatrzęsła; nadzieje o pomocnej dłoni uleciały wraz z dymem notorycznie unoszącym się nad miastem. Umierali przyjaciele, rodzeństwa, narzeczeni, dzieci; po kolei – jak w wyliczance… na kogo bęc! Gdzieś pomiędzy toczyło się życie, rodziły się dzieci, matki kroiły chleb dla swoich synów a potem mówiły: „Uważaj na siebie”. Bomby spadały nawet na szpitale….

Zadziwia mnie fakt, że ci którzy doświadczyli cudu przetrwania lub zmartwychwstania zgodnie twierdzą, że było warto! Być może nie do końca byli przekonani, gdy po jednej okupacji nastąpiła druga…. Potem jednak przyszła wolność – tak długo na nią czekali.  Wyobrażam sobie, że nieliczni, którzy są dziś jeszcze wśród nas przecierają z niedowierzania oczy patrząc na rzeczywistość tu i teraz. Jest mi ich żal, bo to tragiczne pokolenie. Jednak nas jest mi żal jeszcze bardziej, bo jesteśmy ślepi, głusi i głupi. Nie potrafimy pobrać nauki z przeszłości, historia to dla nas kolejny komiks z rzewnym zakończeniem. Żyjemy po to by zaspakajać swoje „potrzeby”, nie rozglądając się wokół siebie. Wróg czyha wszędzie – i nie jest tak oczywisty jak 73 lata temu. Dziś, nas jako wspólnotę więcej dzieli niż łączy…

Czy rzeczywiście pamiętamy?

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

AD 2016

Rozliczam się pokrótce z tobą roku 2016, póki jeszcze jesteś. O zmarłych podobno źle się nie mówi….

A ty nie byłeś dla mnie zbyt łaskawy i wydawać by się mogło, że przyniosłeś więcej strat niż bonusów.

Zabrałeś Davida Bowie – mojego idola od zawsze; Leonarda Cohena, Georga Michaela – cudownych muzyków, Andrzeja Wajdę – jednego z ostatnich prawdziwych ludzi kultury i patriotów w naszym kraju oraz wiele innych wspaniałych postaci.

Oswajałeś mnie z poczuciem, że świat, który znam zmienia się szybciej niż potrafię go zaakceptować. I choć sam proces jest niezbędny do życia i rozwoju to kierunek, który obrał napawa mnie niepokojem a czasem przerażeniem.

Towarzyszy temu zawód spowodowany świadomością, że jako społeczeństwo nie zdaliśmy i nie zdajemy kolejnych egzaminów z przestrzegania prawa, uczciwości i solidarności. Żyję w kraju, z którego kiedyś byłam dumna, a dziś… już nie. Krok po kroku niszczymy (władza niszczy w sposób bezczelny) wszystko co tworzyliśmy przez ostatnich 25 lat.

To jednak sprawia, że również zmieniam się sama; więcej oczekuję od siebie, a mniej od innych. Jestem tu gdzie jestem i chcę dobrze robić to co jest moim powołaniem. Twój szary kolor drogi 2016, ma również ciepłe odcienie. Sprawiasz, że lepiej widzę i doceniam to co ma prawdziwą wartość. Zostawiam sprawy błahe i ludzi nieszczerych. Skupiam swój wzrok na Istocie i jak Klara staram się patrzeć z wiarą w przyszłość zapisaną w kolorowym szkle.

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Cisza

Jak powiedział pewien mędrzec – Święta, święta i po świętach….

Przyznam, że miałam w tym roku pewien problem z Bożym Narodzeniem – jeszcze przed ich nadejściem. Nawet nie z powodu trwającej już od początku listopada corocznej gorączki i wyścigu na ckliwość reklam, dekoracji i ogólnej atmosfery. Pogodziłam się już, że dziś Boże Narodzenie to tradycja i festiwal rytuałów. Mało kto zastanawia się nad istotą i sensem dnia 25 grudnia. Dlatego bardzo ważna jest dla mnie kolejna data i związane z nim wspomnienie męczennika Szczepana. Dopiero ten dzień dopełnia całości i dotyka istoty. Boże Narodzenie ma jedynie sens w kontekście tego co stanie się 33 lata później.

I tak wczoraj nareszcie poczułam spokój…  Bo to co doskwierało mi w tym roku, to ogrom zakłamania jaki jest udziałem nas wszystkich.

Wspomniana ckliwość Świąt tak pięknie „koresponduje” z widokiem niewinnych dzieci w Syrii (i innych miejscach na ziemi) obdartych z godności i pozbawionych bezpieczeństwa, często z niemym krzykiem w oczach.

Wigilijne „puste miejsce przy stole”, które w deklaracjach zostawia niemal każda polska rodzina pasuje do naszych postaw względem przyjęcia uchodźców jak pięść do jeża.

Piękne słowa o „chwale na wysokości a pokoju na ziemi” wprost uderzają szczerością i zrozumieniem w Świątecznych życzeniach przekazywanych przez nasze rodzime władze.

Życzymy sobie spokoju i radości, ograniczając swoje pole widzenia do własnego zaścianka. O jakim spokoju my mówimy???!!!

Wszystko to dość smutne i pełne goryczy…. Jednak na szczęście jest 26 grudnia i niektórym otwiera oczy. Mam nadzieję, że zrozumieją to również Ci, którzy w obliczu tak wielu kłamstw i zła wątpią w Boże Narodzenie. On przychodzi zawsze – to my zamykamy przed Nim serca i pozostajemy z chaosem w sobie. A Bóg przychodzi w ciszy.

 

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Listopad

Kończy się miesiąc, który wielu ludzi wycięłoby z kalendarza. I jeszcze do niedawna należałam do tego grona. Kiedyś kojarzył mi się jedynie z szarością i ponurą beznadzieją. Na początku mroczne święto zmarłych, dzień za dniem coraz krótszy, końca nie widać i Świąt również. Te bezpodstawnie negatywne myśli sprawiły, że w dorosłym życiu listopad przyniósł ze sobą traumę. Jednak gdy dokonało się przebaczenie i pojednanie, następny listopad przyniósł najpiękniejsze wydarzenie w moim życiu.

Od tamtego czasu uwielbiam go. Jest cichy i spokojny. Nie słychać i nie widać jeszcze natarczywości przedświątecznej gorączki. To przygotowanie do przygotowania, przed-zimie i kołysanka. Czasem słońce potrafi jeszcze zaszaleć, mgły zaczarować a poranny przymrozek przypomnieć o sobie…. Jest cudnie.

To czarodziejski miesiąc i szkoda, że spotkamy się dopiero za rok 🙂

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Zdjęcie

To nie moja fotografia, ale prawie identyczną zrobiłam latem 1999 roku. Prawie dwa lata później 10 września wieczorem powiesiłam je na ścianie mojego uroczego mieszkanka na Mokotowie. Wynajmowałam je od leciwej Warszawianki, która zanim zdecydowała się na powierzenie go mnie urządziła prawdziwy casting, a rozmowa kwalifikacyjna była jedną z najbardziej stresujących jakie pamiętam (a przeszłam ich nie mało…). Cóż jednak – wygrałam ten konkurs i oddając co miesiąc niemal 90% swojej „powalającej” pensji z radością wracałam każdego dnia do mojego singielskiego gniazdka. Miejsce idealne: cicho i spokojnie, stare budownictwo, w pobliżu Łazienki i klub Iguana (który odegrał w moim życiu niebagatelną rolę) a do centrum kilka przystanków autobusem.

I tak jak co rano 11 września 2001 roku pojechałam do pracy. Biura na 26.piętrze Warsaw Financial Center (wow!). Jakaś dziwna rzeczywistość międzynarodowego call center, gdzie napalona młodzież dzwonkiem oznajmia deala! Och, dziś jawi mi się tamto miejsce jak totalny surrealizm ale wtedy i ja poddałam mu się całkowicie.

Dzień był zupełnie zwyczajny, choć rano w drzwiach ukazał się nam nowy narybek świeżo upieczonych rekinów europejskiego speachu. W przerwie na lunch mieliśmy o czym rozmawiać …

Przed końcem dnia zaczęły docierać do nas jakieś dziwne informacje. Wpadł do sali Marcus – Nowozelandczyk, jeden z menadżerów i zaczął coś mówić o jakimś samolocie, który wpadł w jedną z wież w Nowym Jorku. Zjechałam z innymi na siódme piętro. Tam, w „Heaven on seven” było mnóstwo ludzi, którzy w osłupieniu wpatrywali się w ogromny telewizor a nowe, przerażające informacje nie miały końca. Wracając do domu większość drogi przeszłam pieszo i nie mogłam się nadziwić widokom z witryn sklepów AGD, gdzie wciąż powtarzał się jeden obraz…. Ile bym dała aby go nigdy nie zobaczyć.

Nie pamiętam już czy po powrocie do domu zdjęłam powieszone dzień wcześniej zdjęcie… chyba nie. Na zawsze jednak zapamiętam tamten dzień, wtedy skończył się jakiś świat.

 

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz