AD 2016

Rozliczam się pokrótce z tobą roku 2016, póki jeszcze jesteś. O zmarłych podobno źle się nie mówi….

A ty nie byłeś dla mnie zbyt łaskawy i wydawać by się mogło, że przyniosłeś więcej strat niż bonusów.

Zabrałeś Davida Bowie – mojego idola od zawsze; Leonarda Cohena, Georga Michaela – cudownych muzyków, Andrzeja Wajdę – jednego z ostatnich prawdziwych ludzi kultury i patriotów w naszym kraju oraz wiele innych wspaniałych postaci.

Oswajałeś mnie z poczuciem, że świat, który znam zmienia się szybciej niż potrafię go zaakceptować. I choć sam proces jest niezbędny do życia i rozwoju to kierunek, który obrał napawa mnie niepokojem a czasem przerażeniem.

Towarzyszy temu zawód spowodowany świadomością, że jako społeczeństwo nie zdaliśmy i nie zdajemy kolejnych egzaminów z przestrzegania prawa, uczciwości i solidarności. Żyję w kraju, z którego kiedyś byłam dumna, a dziś… już nie. Krok po kroku niszczymy (władza niszczy w sposób bezczelny) wszystko co tworzyliśmy przez ostatnich 25 lat.

To jednak sprawia, że również zmieniam się sama; więcej oczekuję od siebie, a mniej od innych. Jestem tu gdzie jestem i chcę dobrze robić to co jest moim powołaniem. Twój szary kolor drogi 2016, ma również ciepłe odcienie. Sprawiasz, że lepiej widzę i doceniam to co ma prawdziwą wartość. Zostawiam sprawy błahe i ludzi nieszczerych. Skupiam swój wzrok na Istocie i jak Klara staram się patrzeć z wiarą w przyszłość zapisaną w kolorowym szkle.

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Cisza

Jak powiedział pewien mędrzec – Święta, święta i po świętach….

Przyznam, że miałam w tym roku pewien problem z Bożym Narodzeniem – jeszcze przed ich nadejściem. Nawet nie z powodu trwającej już od początku listopada corocznej gorączki i wyścigu na ckliwość reklam, dekoracji i ogólnej atmosfery. Pogodziłam się już, że dziś Boże Narodzenie to tradycja i festiwal rytuałów. Mało kto zastanawia się nad istotą i sensem dnia 25 grudnia. Dlatego bardzo ważna jest dla mnie kolejna data i związane z nim wspomnienie męczennika Szczepana. Dopiero ten dzień dopełnia całości i dotyka istoty. Boże Narodzenie ma jedynie sens w kontekście tego co stanie się 33 lata później.

I tak wczoraj nareszcie poczułam spokój…  Bo to co doskwierało mi w tym roku, to ogrom zakłamania jaki jest udziałem nas wszystkich.

Wspomniana ckliwość Świąt tak pięknie „koresponduje” z widokiem niewinnych dzieci w Syrii (i innych miejscach na ziemi) obdartych z godności i pozbawionych bezpieczeństwa, często z niemym krzykiem w oczach.

Wigilijne „puste miejsce przy stole”, które w deklaracjach zostawia niemal każda polska rodzina pasuje do naszych postaw względem przyjęcia uchodźców jak pięść do jeża.

Piękne słowa o „chwale na wysokości a pokoju na ziemi” wprost uderzają szczerością i zrozumieniem w Świątecznych życzeniach przekazywanych przez nasze rodzime władze.

Życzymy sobie spokoju i radości, ograniczając swoje pole widzenia do własnego zaścianka. O jakim spokoju my mówimy???!!!

Wszystko to dość smutne i pełne goryczy…. Jednak na szczęście jest 26 grudnia i niektórym otwiera oczy. Mam nadzieję, że zrozumieją to również Ci, którzy w obliczu tak wielu kłamstw i zła wątpią w Boże Narodzenie. On przychodzi zawsze – to my zamykamy przed Nim serca i pozostajemy z chaosem w sobie. A Bóg przychodzi w ciszy.

 

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Listopad

Kończy się miesiąc, który wielu ludzi wycięłoby z kalendarza. I jeszcze do niedawna należałam do tego grona. Kiedyś kojarzył mi się jedynie z szarością i ponurą beznadzieją. Na początku mroczne święto zmarłych, dzień za dniem coraz krótszy, końca nie widać i Świąt również. Te bezpodstawnie negatywne myśli sprawiły, że w dorosłym życiu listopad przyniósł ze sobą traumę. Jednak gdy dokonało się przebaczenie i pojednanie, następny listopad przyniósł najpiękniejsze wydarzenie w moim życiu.

Od tamtego czasu uwielbiam go. Jest cichy i spokojny. Nie słychać i nie widać jeszcze natarczywości przedświątecznej gorączki. To przygotowanie do przygotowania, przed-zimie i kołysanka. Czasem słońce potrafi jeszcze zaszaleć, mgły zaczarować a poranny przymrozek przypomnieć o sobie…. Jest cudnie.

To czarodziejski miesiąc i szkoda, że spotkamy się dopiero za rok 🙂

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Zdjęcie

To nie moja fotografia, ale prawie identyczną zrobiłam latem 1999 roku. Prawie dwa lata później 10 września wieczorem powiesiłam je na ścianie mojego uroczego mieszkanka na Mokotowie. Wynajmowałam je od leciwej Warszawianki, która zanim zdecydowała się na powierzenie go mnie urządziła prawdziwy casting, a rozmowa kwalifikacyjna była jedną z najbardziej stresujących jakie pamiętam (a przeszłam ich nie mało…). Cóż jednak – wygrałam ten konkurs i oddając co miesiąc niemal 90% swojej „powalającej” pensji z radością wracałam każdego dnia do mojego singielskiego gniazdka. Miejsce idealne: cicho i spokojnie, stare budownictwo, w pobliżu Łazienki i klub Iguana (który odegrał w moim życiu niebagatelną rolę) a do centrum kilka przystanków autobusem.

I tak jak co rano 11 września 2001 roku pojechałam do pracy. Biura na 26.piętrze Warsaw Financial Center (wow!). Jakaś dziwna rzeczywistość międzynarodowego call center, gdzie napalona młodzież dzwonkiem oznajmia deala! Och, dziś jawi mi się tamto miejsce jak totalny surrealizm ale wtedy i ja poddałam mu się całkowicie.

Dzień był zupełnie zwyczajny, choć rano w drzwiach ukazał się nam nowy narybek świeżo upieczonych rekinów europejskiego speachu. W przerwie na lunch mieliśmy o czym rozmawiać …

Przed końcem dnia zaczęły docierać do nas jakieś dziwne informacje. Wpadł do sali Marcus – Nowozelandczyk, jeden z menadżerów i zaczął coś mówić o jakimś samolocie, który wpadł w jedną z wież w Nowym Jorku. Zjechałam z innymi na siódme piętro. Tam, w „Heaven on seven” było mnóstwo ludzi, którzy w osłupieniu wpatrywali się w ogromny telewizor a nowe, przerażające informacje nie miały końca. Wracając do domu większość drogi przeszłam pieszo i nie mogłam się nadziwić widokom z witryn sklepów AGD, gdzie wciąż powtarzał się jeden obraz…. Ile bym dała aby go nigdy nie zobaczyć.

Nie pamiętam już czy po powrocie do domu zdjęłam powieszone dzień wcześniej zdjęcie… chyba nie. Na zawsze jednak zapamiętam tamten dzień, wtedy skończył się jakiś świat.

 

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Nic strasznego

…Samotność to taka straszna trwoga – pisał pewien człowiek.  I chyba tak ją dziś odbieramy. Trudno jest nam być sami ze sobą. Zagłuszamy więc swoje myśli telewizją, radiem, bezsensownym paplaniem. Nie możemy sobie poradzić z niskim poczuciem własnej wartości, więc oczekujemy akceptacji. Gdziekolwiek pojedziemy, cokolwiek fajnego zrobimy – obwieszczamy to światu i zbieramy lajki. Im ich więcej – tym lepsze mamy samopoczucie; nabieramy powietrza w piersi.

Cóż, trudna jest samotność i wymagająca. Lubię ją nawet i od lat oswajam. Czasem mi doskwiera bardziej i wtedy przychodzi smutek. Wtedy jednak pojawia się taki kwiatek jak dziś. Na wieczornej Eucharystii byłam jedyną wierną – czułam się wyjątkowo. To dla mnie dziś cała ta celebra związana z przyjściem Pana Jezusa i On sam we własnej Osobie! Cóż za szczęście. 🙂 Oczywiście trochę się tu puszę ale dlaczego nie… Tylko On kocha mnie taką jaka jestem i akceptuje mnie bez korekty. Jestem Jego ukochaną córką, na którą długo czekał i której nigdy nie opuści. Ma wobec mnie cudowny plan i nawet moja słaba natura nie jest w stanie tego zmienić. I tylko On towarzyszy mi w każdej sytuacji. Zatem mam powody do dumy. 🙂

A ludzie…. cóż, nie pozostawiają złudzeń. Lubią mnie wtedy, gdy im schlebiam; akceptują wtedy, gdy robię tak jak oni; są ze mną, gdy sama do nich przyjdę; itp…. Jeżeli więc jesteś człowiekiem, który chce pozostać wierny sobie (nawet jeśli płynie pod prąd), nie przymila się innym  i pozostaje szczery w swoich intencjach, to przygotuj się na samotność. I nie daj sobie wmówić, że jest straszna, bo tak naprawdę nigdy nie jesteś sam(a).

 

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz

Dobry PR ale nie najważniejszy

Czasem coś w człowieku pęka; jakaś nitka, która trzyma nas na uwięzi lęków, wstydu, braku wiary w siebie… Może to nie jest jeszcze lina, która pozwoli nam wzlecieć w górę ale jedno z wielu włókien. Nie szkodzi, przecież kropla drąży skałę i każdy mały krok w dobrym kierunku to bonus od życia.

Jest zatem nadzieja!

Takie symptomy może powodować dzisiejsze słowo w Ewangelii. Święty Jan został stracony przez głupotę i małość drugiego człowieka. Historia może jakich wiele ale bardzo obrazowa i jakby z dzisiejszych czasów. Oto wielki władca (tu Herod), który cenił sobie czyny i słowa Jana – słuchał go podobno; w obliczu kompromitacji przed towarzystwem i w lęku przed żoną skazuje.  Za pośrednictwem kata ścina mu głowę. Ot, bo taki był kogoś kaprys. Życie konkretnego człowieka straciło swoją wartość bardzo szybko. Pozostał smutek biednego Heroda. Żal…

I nam jest nie raz smutno, bo zrobiliśmy coś nie w porządku, wbrew sobie, a może nawet skrzywdziliśmy drugą osobę. Pozostaje niesmak w ustach i wyrzuty sumienia (czasem). No ale przecież w grę wchodziła nasza reputacja, dobre imię, honor a może nawet nasz profil na facebooku… Okazuje się, że czasem trudno jest po prostu robić rzeczy i żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Publiczność dyktuje warunki – i to jest przerażające.

Dziś ogarnęło mnie przerażenie, potem zaczęłam działać i cienka nitka pękła.

Dobranoc

Opublikowano Moje | 3 komentarze

Do zobaczenia w lepszym świecie David

8 stycznia tego roku światło słoneczne ujrzała jego płyta „Blackstar”; tego samego dnia obchodził też swoje 69 urodziny. Dwa dni później z samego rana, gdy wstawałam, żeby obudzić dzieci do szkoły nuciła mi się w głowie jego piosenka i zdziwiona byłam, że tak mało melodyjny utwór zapadł mi w pamięć. Myślałam o nim tamtego ranka, a chwilę później dotarła do nas wiadomość o jego śmierci. Prawda była taka, że od wielu miesięcy zmagał się z chorobą.

To wszystko zadziałało jak w świetnie zaplanowanym harmonogramie: 29. płyta, 69. urodziny, przesłanie w tekstach i na wideo oraz ostateczne zakończenie. Kto to wszystko zaplanował: on czy On? To w gruncie rzeczy nieistotne. Fakt jest taki, że go nie ma już tu.

Tamtego dnia było mi bardzo smutno i nadal czują w sercu żałobę. Ten nieprzeciętny artysta był obecny w moim życiu od kiedy sięgam pamięcią. Podobno w rok mego urodzenia odwiedził na jeden dzień Polskę – i to był niestety jedyny raz. Dziwił mnie, czasem przestraszał, fascynował, sprawiał, że tańczyłam, podobał mi się jako mężczyzna – my hero! Poprzez jego obecność obserwowałam i łatwiej przyswajałam to jak zmieniało się oblicze popkultury; był jej najlepszą wizytówką i kreacją.

Dziś czuję pustkę i tęsknotę. Mam wrażenie, że odeszła też jakaś cząstka mnie; zabrał ze sobą kawałek mojej młodości.

Nadzieją napawa mnie jedynie fakt, że być może spotkam go za jakiś czas w nieporównywalnie lepszych okolicznościach.

Opublikowano Moje | Dodaj komentarz